27 paź 2016

Ogłoszenie parafialne

AVE!
Najdroższy parafianie! [wcale nie chciałam napisać "patafianie"!]
Musicie wspomóc tę kaplicę i zapłacić składkę na remont sufitu!
[TO NIE MIAŁO NA CELU OBRAZY KOŚCIOŁA ANI INNYCH TEGO TYPU, za wszelkie urazy nie odpowiadam, ;*]

A tak na serio, mam pewno ogłoszenie:
Przez czas nieokreślony rozdziały będą ukazywać się jedynie na Wattpadzie, więc jeśli chcesz śledzić historię natrętnej FanGirl imieniem Taylor, musisz zacząć czytać Wattpada. ;P
Pozdrawiam i
Pa!
~I.K.~
P.S. Dzisiaj powinien pokazać się na Wtt nowy rozdział, jednakże nic nie obiecuję. ;)

15 paź 2016

†Rozdział 22† + EDIT

Białowłosa bibliotekarka zaprowadziła mnie do jednej z wysokich, drewnianych półek, które uginały się pod ciężarem nagromadzonych tam książek. Jeździłam oczami po grzbiecie każdej księgi, wszystkie tytuły były po angielsku. Połowa z nich była prawdopodobnie o tematyce historycznej.
- Poczekaj. - Rozmyślania przerwał mi głos bibliotekarki.
Przystanęłam. Kobieta podeszła do regału i przez chwilę czegoś szukała. Przyglądałam się ruchom jej palców, kursujących nad grzbietami ksiąg, a potem łapiących jedną z nich. Złotooka podała książkę mnie.
- Mam tu znaleźć jakąś mapę czy coś? - zapytałam, obracając starodruk w rękach. - Może lepiej nie będę jej kartkować, bo wygląda na starą, więc...
- Och,głuptasie. - Białowłosa machnęła ręką, wyrywając mi książkę. - Ta księga dosłownie zaprowadzi cię do celu twoich poszukiwań. Wystarczy otworzyć na samym środku i stuknąć w róg kartki! - dodała, prowadząc mnie z powrotem do stolika i kładąc na nim księgę.
- Czyli to... swego rodzaju portal, albo coś takiego? - dopytałam z lekkim mind fuckiem.
- Tak. - Złotooka kiwnęła głową, kartkując starodruk. - Nie bój się, taki rodzaj podróży jest bezpieczniejszy niż samochody. No. Gotowe. Wystarczy tylko, że stukniesz w ten róg - powiedziała, kładąc delikatnie swój długi palec we wspomnianym miejscu.
- No dobra. - Wzruszyłam ramionami.
Ostatnimi czasy przydarzają mi się tak dziwne przygody, że magiczny teleport to pikuś.
Postąpiłam według instrukcji bibliotekarki. Po chwili miałam wrażenie, jakby opuszka mojego palca przylegała do czegoś łaskoczącego, co było w nieustającym ruchu. Następnie poczułam lekki podmuch wiatru i...
Byłam w innym miejscu!
Do tej pory myślałam, że wszelakim teleportacjom towarzyszą jakieś duszności, uczucie skurczenia się, nudności i innych tego typu, a tu proszę... nic nie poczułam, prócz łaskotania w palec.
Rozejrzałam się. Znajdowałam się w małym, nowoczesnym pokoju z biurkiem, półkami na książki, kanapą oraz szafką, zapewne na dokumenty i inne papiery. Ściany były całkowicie białe, podłoga i meble ciemne, a wszelakie obicia i dywan białe lub jasnoszare.
Biuro. Na sto procent. Tylko czyje?
Powoli podeszłam do biurka z nadzieją, że jakieś zapiski na mniej ważnych dokumentach mnie nieco oświecą, ale niestety - blat był całkowicie pusty, jego powierzchnię pokrywał tylko blask po polerowaniu.
Westchnęłam. Szuflad przeszukać nie mogłam przez bardzo dobrze widoczne zamki, które na pewno były zamknięte, więc zostało mi jedno wyjście - drzwi. Podeszłam powoli do deski z ciemnego tworzywa, spodziewając się nic nieświadomego gospodarza, który w każdej chwili mógł się zjawić. Gdy doszłam, pociągnęłam za klamkę. Na szczęście dla mnie, drzwi były otwarte, a za nimi pusty, tak samo nowocześnie urządzony, korytarz. Ustałam na jasnym dywanie i zamknęłam za sobą drzwi, rozglądając się na prawo i lewo.
W którą stronę teraz?
- Raz kozie śmierć, idziemy na prawo - powiedziałam sama do siebie, kierując się we wcześniej wspomnianą stronę.
Moje buty szurały po dywanie, a prawa ręka przylgnęła do ściany, tak jakby ta zaraz miała zniknąć, a ja zapaść się w nicość zaraz za nią.
I szłam tak kilka sekund, bo korytarz nie był taki długi, jak z początku mi się wydał. Zaraz po prawo zauważyłam schody prowadzące na niższe piętro. Ostrożnie stąpając po stopniach zeszłam na dół. Przede mną znów był korytarz w nowoczesnym stylu, po lewo były dwie pary drzwi, a po prawo ogromny łuk. Podeszłam powoli do tego ostatniego i zajrzałam ukradkiem, a bynajmniej tak mi się wydawało.
Jednak zaraz coś świsnęło mi obok ucha, a ja wydałam z siebie przeraźliwy pisk i odskoczyłam w bok, kuląc się.
- Jeszcze milimetr i straciłabyś ucho - rzekł dobrze mi znany głos.
- Andy! - wykrzyknęłam, podnosząc na niego wzrok.
Brunet miał zdenerwowaną minę, tupał jednym butem o podłogę z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Normalnie jak matka, która nadzoruje odrabiające lekcje dziecko. Mimo wszystko wystraszyłam się jeszcze bardziej.
I miałam czego - nie wiadomo, jak znalazłam się w domu sławnej gwiazdy, a gdybym powiedziała, że to przez magiczne przejście, zapewne zostałabym zamknięta w psychiatryku.
- Tak, tak mam na imię - odparł, odkładając kolorowe rzutki na ciemny stolik do kawy. - Co tu robisz i kto cię wpuścił? I gdzie zniknęłaś na cały tydzień, a nawet ponad to? - dodał, znów kierując wzrok na mnie.
- No... bo właśnie o to chodzi - mruknęłam. Wokalista podniósł brew do góry. - Słyszałeś coś kiedyś o niejakim Xero... - Durna, cisnąca się na język „Xerokopiarka"! - Xerosurze?
Andy zmarszczył brwi i usiadł na podłokietniku skórzanej kanapy, łokcie opierając o kolana, co w sumie wyglądało komicznie. Zaśmiałabym się, gdyby sytuacja na to zezwalała.
- Skąd ci takie coś do głowy przyszło? - spytał z podniesioną brwią.
- Nie uznaj mnie za psycholkę - zaczęłam, podchodząc trochę - ale właśnie przez tego kogoś zniknęłyśmy z Patty na tydzień. Otóż... - Opowiedziałam mu całą historię, prosząc w duchu, aby jakimś dziwnym trafem mi uwierzył.
Po skończeniu opowiastki Andy kazał mi zostać w tym pomieszczeniu, a sam gdzieś wyszedł naprawdę szybkim krokiem. Usiadłam na kanapie, a moje gołe ręce przykleiły się do skórzanej powierzchni oparcia.
Nie wiedząc, co dokładnie mnie czeka, zaczęłam rozglądać się po pokoju. Jeżdżąc oczami po ciemnoszarych ścianach myślałam o tym, czy Andy wróci z policją czy ograniczy się do paryo chroniarzy?
Natomiast biały obraz na pół ściany z ogromnym logiem Batmana przywołał myśli o samym właścicielu tego domu. Jeśli to faktycznie jego dom. W każdym razie - tamta dziwna księga miała mnie zaprowadzić do Xerosura, a przeniosła mnie do Andy'ego. Czy to nie dziwne? Czy to Andy jest tym znanym Xerosurem, synem Lucyfera i tak dalej?
A może ja faktycznie mam jakieś schizy, a tak naprawdę siedzę w białym kaftanie, w pokoju pokrytym gąbką?
Odkleiłam jedną rękę od oparcia kanapy i podrapałam się po drugim ramieniu, przenosząc wzrok na białą półkę wypełnioną książkami. Po chwili oderwałam także resztę ciała i podeszłam do punktu mojego zainteresowania. Prócz literatury, na półkach znajdowały się różne gry na chyba wszystkie możliwe konsole, komiksy i albumy ze zdjęciami.
Dokładniejsze obejrzenie przedmiotów przerwało mi odchrząknięcie. Odwróciłam się i spojrzałam na Andy'ego z pytającą miną. Obok niego stał Ashley, który był niemniej zdenerwowany co jego przyjaciel.
Czyżby Ash zmienił profesję z basisty na goryla?
- Cześć? - Niepewnie podniosłam rękę i pomachałam nią delikatnie.
- Do rzeczy - mruknął starszy członek zespołu, przechodząc przez pokój i siadając na kanapie. Położył nogę na nogę i wpatrzył się we mnie spod przymrużonych powiek. - Naczytałaś się durnych historii i zmyślasz - stwierdził.
- Nie! - krzyknęłam, podchodząc do niego. - Przeżyłam to osobiście, Patty naprawdę została u Lithii, a Cody potwierdzi to, że wtedy, w restauracji, był ten dziwny cosplay'owiec!
Andrew podszedł i wymienił z Ashley'em spojrzenia. Po chwili Biersack wyjął telefon z kieszeni rurek i ponownie wyszedł z pokoju, a Purdy kazał mi zająć miejsce obok siebie. Szybko wypełniłam jego rozkaz, czując coraz większe zdezorientowanie.
- O co chodzi z tym wszystkim? - zapytałam. - Czego chcieli Lithia i ten drugi? W ogóle to czemu się przyczepili akurat do mnie i Patricii?!
- Spokojnie, wszystko po kolei. - Ash wykonał jakiś dziwny ruch ręką, po którym z mojej głowy odpłynęły wszystkie niepokojące myśli, robiąc miejsce wyciszeniu. I bez skojarzeń. - Po pierwsze: musisz odpocząć po ostatnich zdarzeniach. To najważniejsze. Bez tego nie przejdziemy do wyjaśnień.
Odetchnęłam głęboko. Nie było czasu na odpoczynek, bo Lithia zachciała Xerokopiarkę u siebie w ciągu tygodnia!
- Ashley, z wielkim szacunkiem, ale my nie możemy czekać - powiedziałam po dłuższej chwili.
Brunet już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, jednak przeszkodził mu powrót Andy'ego, który obwieścił szybkie zabranie tyłków do jego samochodu. Zrobiłam to bez marudzenia. Mój mózg nadal był dziwnie zlasowany po tym dziwnym „czary mary" Ash'a, a sama podróż autem z członkami popularnego zespołu raczej nie mogła być niebezpieczna.
Nie, Taylor. Wiesz, dokąd chcą cię zabrać oraz w jakim celu, a chłopcy na pewno nie są źli, że niespodziewanie pojawiłaś się w domu jednego z nich i zaczęłaś gadać o Xerokopiarkach oraz innych Homarach, Charczeniach, Klapach i Lapisie Lazuli!

~*~

Sama podróż trwała kilka minut. Dom Andy'ego mieścił się na przedmieściach, a zawiózł nas trochę dalej, do jakiegoś parku. Razem z chłopakami przeszłam na drugi koniec parceli, gdzie... czekała reszta zespołu oraz... Cody?
Blondyn uśmiechnął się w moją stronę, na co odpowiedziałam tym samym. Natomiast dziwny spokój myśli powoli ustępował strachowi przed reakcją chłopaków i ogólnego powodu, dla którego Andy zwołał wspólne posiedzenie na neutralnym gruncie.
- A oto panna, która narobiła nam kłopotów! - okrzyknął CC na powitanie.
Spojrzałam na niego krzywo.
- Dziękuję bardzo, przyjacielu - mruknęłam, siadając pod drzewem i opierając plecy o jego chropowatą korę. - Chyba nie przywlokłeś mnie tutaj, żebym słuchała wywodów o tym, jak to spierdoliłam wam życie? - zwróciłam się do Biersacka, który już tłumaczył wszystkim, po co ich ściągnął.
Brunet spojrzał na mnie przelotnie, zaraz wracając do cichych wyjaśnień. Westchnęłam głośno, usiłując bezskutecznie zwrócić na siebie uwagę. Nawet Cody na mnie nie reagował, uczestnicząc w „spisku", więc zrezygnowana zaczęłam rysować znalezionym patykiem w ziemi różne wzorki.
- Czyli robimy tak... Taylor... Taylor, co ty robisz? - Podniosłam głowę, zastając piękne zdezorientowanie wymalowane na twarzy Jeremy'ego. Uśmiechnęłam się lekko i odpowiedziałam, jakby nigdy nic:
- Usiłuję jakoś zapełnić sobie czas, w którym mnie ignorujecie.
Mężczyzna westchnął przeciągle i wzniósł oczy ku niebu.
- Dzisiejsze nastolatki - mruknął. - Normalnie jak Andy parę lat temu.
- Słyszałem! - krzyknął wspomniany, uderzając przyjaciela w ramię.
- Wracając. - Jake wrócił do głównego tematu. - Zapraszamy Taylor do poznania całej prawdy.
---
AVE!
Sama nie wiem, czemu nie rzucę bloggerowej wersji tego opowiadania w cholerę i nie przeniosę go całkowicie na Wattpada. Ale trudno się mówi, rzucam ten rozdział,
Pozdrawiam i
Pa!
~Vicky a.k.a. Infernal

EDIT:
Pododawałam spacje, które usunął mi Office. Jeśli coś przegapiłam, a wy znajdziecie jakąś literówkę, to pisać! ;)

4 paź 2016

†Rozdział 21†



Przez chwilę stałam jak idiotka pod drzwiami domu moich porywaczy i zastanawiałam się nad ich kompetencjami. To na pewno było ich pierwsze działanie tego typu, bo…
Przecież widziałam ich twarze, wiem, gdzie mieszkają, a Lithia, ot, tak, pozwoliła mi odejść, jakby myślała, że pójdę prosto do jakiegoś Xerosura i przekażę mu wieści od niej, zamiast iść na… na przykład policję, albo po jakąś inną pomoc.
Ale, kiedy się odwróciłam, kompletnie straciłam czucie w nogach.
– Już wiem, czemu jest tu tak gorąco… – mruknęłam, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
Obraz przede mną wyglądał jak żywcem wzięty z dodatku do gry Saints Row IV: Gat Out Of Hell [polecam :3 ~I.K.~], tylko zamiast zbłąkanych dusz i diabłów po ulicach wędrowali, może się wydawać, najnormalniejsi ludzie, i jeździły naprawdę zadbane samochody.
Poziom technologii koliduje tutaj ze stylem ubioru…
Potrząsnęłam głową. Gdy przestałam, napotkałam wzrok jakiegoś seniora, który patrzył na mnie, jak na idiotkę.
Uśmiechnęłam się niewinnie i odskoczyłam trochę w bok, udając, że na kogoś czekam. Starszy mężczyzna popatrzył jeszcze chwilę na mnie, po czym odszedł w swoją stronę, a ja odetchnęłam z ogromną ulgą. Jednak zaraz trzepnęłam się w twarz, ten facet mógł mi pomóc w dostaniu się do Xerosura...
Za długie ma imię. Powiedzmy, że będę na niego mówić Xero.
Wracając… Poszukałam następnej żywej… bądź nie, skoro otoczenie wygląda jak Piekło… duszy. Na szczęście szybko mi się takowa napatoczyła.
– Przepraszam – mruknęłam, trochę zażenowana swoim drgającym od ogromnego zaszokowania głosem. – Czy wie pani może, jak mogę się dostać do Xerosura? – zapytałam pewnej czerwonowłosej kobiety, która na dźwięk imienia naszej Xerokopiarki przyjęła niemało zdziwiony wyraz twarzy.
– Dlaczego go szukasz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
– Jest mi potrzebny – odparłam.
Chyba pani nie myślała, że wyjawię pani prawdziwy powód poszukiwań… to moja sprawa.
– Dziecko, ty chyba nie jesteś stąd. – Ależ pani spostrzegawcza!
– Naprawdę to widać? Po czym pani poznała? – zapytałam sarkastycznie, jednak kobieta przyjęła to na poważnie:
– Nie masz ani bladej, ani ciemnej karnacji, nosisz kompletnie inne ciuchy i masz rumieńce od gorąca na policzkach.
– Och. Ale… wróćmy do mojego pytania. Gdzie znajdę Xerosura? – W ostatniej chwili powstrzymałam się od powiedzenia: „Gdzie znajdę Xerokopiarkę?”.
– Nikt nie wie, gdzie on teraz jest – odparła spokojnie czerwonowłosa, odciągając mnie trochę na bok. Resztę wypowiedziała ściszonym głosem: – Opuścił Piekielne Wrota jakieś dziewiętnaście lat temu*, zabierając ze sobą czteroosobową armię. Od tamtej pory nie pokazał się tutaj ani on, ani Haimar, ani Kiazach, ani Harch, ani Labzar.
– Kto? – palnęłam, mrugając kilkakrotnie.
– Och, dziecko, jakaś ty niedoedukowana! Xerosur to następca Piekielnego Tronu, syn samego Lucyfera! – No nie… – Haimar to jego najlepszy przyjaciel, a zarazem i ochroniarz, Kiazach to wojownik, który pomagał Haimarowi chronić Xerosura, Labzar to nauczyciel Księcia, a Harch… tak naprawdę nie wiadomo, kim on był, zanim przyłączył się do armii Księcia.
– Nie boi się pani mówić tego obcej osobie? – trochę zboczyłam z tematu, aby mój mózg zdołał zapamiętać chociażby te, i tak absurdalne, informacje.
– Tutaj każdy zna Rodzinę Królewską, ten temat nie jest zakazany.
– Dlaczego więc odciągnęła nas pani na bok i zaczęła szeptać? – Nie ustępowałam.
– Dlatego, że stoimy pod domem niedoszłych zamachowców stanu, dziecko. – O masz! – Niestety, więcej nie mogę ci powiedzieć. Spieszę się po syna do przedszkola, a poza tym… sama stwierdziłaś, że przekazywanie informacji nieznajomym jest niemądre. Do widzenia.
– Do widzenia… – oparłam, lekko zbita z tropu. – I nadal nie wiem, gdzie mam znaleźć jego, albo kogoś z jego rodziny… – dodałam po chwili, sama do siebie.
Westchnęłam. Nie dość, że wylądowałam chuj wie gdzie, jest mi gorąco, Patty została w szponach Lithii, nie mam gdzie się podziać i nic z tych rzeczy, to jeszcze nie wiem, od czego mam zacząć.
Może znów zatrudnię się jako kelnerka? Czy to ma w ogóle sens?
Nie ma.
Na tę chwilę mogę jedynie pójść do biblioteki i poszukać jakichś informacji na temat tych bredni, które opowiadała mi tamta kobieta.
– To jest myśl! – znowu powiedziałam sama do siebie. – Taylor, ty to jednak masz łeb, kiedy potrzeba!
Ignorując następne dziwne spojrzenia, skierowałam się w stronę najbliższego punktu z mapą… ee… miasta?... królestwa?... nieważne, w każdym razie najbliższego otoczenia, aby znaleźć tę bibliotekę.
– Restauracja, salon spa, szkoła publiczna… – czytałam na głos. – Jest, biblioteka!

~*~

Po drobnym błądzeniu, nawet z mapą, odnalazłam w końcu swój cel. Bibliotekarką była kobieta w średnim wieku, o białych włosach i dosłownie złotych oczach. Była na swój sposób miła, a przedział historyczny z dziejami rodziny królewskiej pokazała mi bez żadnych podchodów, jak tamta czerwonowłosa kobieta.
Siedziałam przy drewnianym biurku i przerzucałam kartki kolejnej z ksiąg, usiłując natrafić na rozdział o w miarę najbliższych czasach, jednocześnie zastanawiając się nad jedną rzeczą…
Skoro to Piekło, to czemu wszystko tutaj jest po angielsku? Nie powinno być tu jakiegoś specjalnego języka?
W ogóle jakoś dziwnie spokojnie znoszę to, że trafiłam do absurdalnego miejsca… ale może to dlatego, że cały czas powtarzam sobie, że albo to porąbany sen, albo jestem chorą na schizofrenię pacjentką psychiatryka, a to wszystko to jedynie moja chora schiza.
– Znalazłaś już coś? – Bibliotekarka przerwała mi rozmyślania. – Tak zacięłaś się nad tą stroną…
– No właśnie o to chodzi, że nic nie mogę znaleźć, bo ciągle moją głowę zaprzątają rozmyślania na wiele tematów! – wybuchłam. Kobieta spojrzała na mnie z małym, życzliwym uśmiechem, wyszła zza biurka i usiadła naprzeciw mnie.
– Nie pakuj się w to – powiedziała. – Na kilometr widać, że nie jesteś stąd. Nie wiem, jak się tu dostałaś, ale musisz czym prędzej wrócić do siebie, to nie jest sprawa dla kogoś takiego jak ty.
– Pani wie, gdzie jest Xerosur? – Znów prawie mi się wyrwała Xerokopiarka. – Jeśli tak, niech pani powie.
– Wróć do siebie – nalegała kobieta.
– Muszę uratować przyjaciółkę i zrobię to tylko wtedy, kiedy znajdę Xerosura i jakieś inne Homary, więc niech pani mi nie utrudnia zadania i pomoże, bo nie powstrzyma mnie pani w żaden sposób – warknęłam, wstając i opierając dłonie o blat stolika.
Pomijając to, że nie mam pojęcia, jak do tego domu jeszcze wrócić!
– No dobrze. Chodź za mną.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*dziewiętnaście lat temu – prócz tego, że Andy ma tyle w opowiadaniu, wszystko wyjaśni się z czasem
---
AVE!
Miesiąc nie było rozdziału…
Przepraszam was bardzo z tego powodu, jednakże mam depresję piśmienniczą i nie mogę wystukać dosłownie NIC, a jeśli już, to wychodzi jakieś gówno.
Nie mam pojęcia, czy ten rozdział jest odpowiedni, jednakże wysyłam go w wasze ręce do oceny,
Pozdrawiam i
Pa!
~Infernal Queen~

3 wrz 2016

†Rozdział 20†



Minął tydzień.
Jeden pieprzony tydzień, podczas którego codziennie rozmyślałyśmy z Patty, jak uciec.
Te siedem dni nie różniło się zbytnio – dostawałyśmy jedzenie, którym karmiono nas jak małe dzieci, ale przynajmniej dostawałyśmy je w równych odstępach czasu.
Bynajmniej tak mi się wydaje.
Jak zachciało nam się do toalety, to darłyśmy się na całe gardło, aż ktoś się zlitował i podprowadził nas na tak zwany tron.
A jeżeli chodzi o gości – co jakiś czas przychodził Soran, ale rozmowa z nim opierała się głównie na dziwnych rzeczach, które wygadywał. Chyba choroba psychiczna zwana schizofrenią przeszła z jego rodziców na niego, ale cóż.
W międzyczasie Patricia przypomniała sobie o istnieniu jej chłopaka i zaczęła się zamartwiać, jak to on za nią musi tęsknić.
Ja natomiast martwiłam się o Alvara, Cody’ego oraz BVB. Ten pierwszy chwilowo stracił pracowników, na drugiego spadły nasze obowiązki, a ci ostatni… ci ostatni muszą nieźle się bać, skoro my – dziewczyny, które mogą ich wpędzić za kraty – zniknęłyśmy bez słowa.
Ciekawe, czy już zaczęli własnoręczne poszukiwania czy dali sobie z nami spokój…
– Mam! – krzyknęła szeptem Patty, miętosząc coś z tyłu w rękach.
– Co masz? – zapytałam, przenosząc na nią wzrok.
– Dwa dni temu znalazłyśmy durny kawałek szkła, pamiętasz? – Kiwnęłam głową. – Właśnie przed chwilą udało mi się go przysunąć. Tylko ze złapaniem go w ręce było trudno, ale jakoś to poszło.
– To rozcinaj te liny i spadamy!
Stalin uśmiechnął się szeroko i zaczął piłować liny znalezionym kawałkiem szkła, a mi spadł jeden kamień z serca. Pozostało ich tylko kilka – jak nasza ucieczka się uda, jak ogarniemy, gdzie się znajdujemy oraz, jak wrócimy do „domu”.
Po kilku minutach Patty była wolna. Podeszła szybko i wcisnęła mi w dłoń szkło, po czym wróciła na miejsce.
– Jak wlezie Mortaz z rodzinką i zobaczy, że jedna z nas nie siedzi na krzesełku, to nas najpewniej zabije, Tay – wyjaśniła widząc moją pytającą minę.
– To w sumie byłoby logiczne… – stwierdziłam, zaczynając piłowanie.
Po chwili moje ręce były wolne, ale dla bezpieczeństwa postanowiłyśmy z Patty udawać, że nic się tu nie wydarzyło. Zamiast tego zaczęłyśmy myśleć, w jaki sposób stąd uciec.
– Zaczekamy, aż któryś z nich nas odwiedzi – zaproponowałam. – Potem, kiedy podejdzie do mnie lub do ciebie, poddusimy go i przeszukamy, może będzie miał jakąś broń, która nam ułatwi ucieczkę?
– Lepszy byłby plan budynku – odparł Stalin. – Ale dobrze kminisz.
Dalsze rozmyślanie nad naszym „planem” zakończyło się na ogólnym opisie tego, co mamy zrobić – poddusić gościa, znaleźć broń, uciec i czym prędzej do wyjścia, żeby nikt nas nie złapał z powrotem. No i odejście jak najdalej od domu Mortaza i jego zwariowanej rodziny psychicznie chorych.
A może jesteśmy w psychiatryku? A może to my mamy schizofrenię i tak naprawdę wyobrażamy sobie lekarzy jako jakichś idiotów?

~*~

Po jakimś czasie szansa na powodzenie naszego planu się pojawiła. Soran przyszedł z posiłkiem. Kiedy chłopak karmił Patty, dziewczyna niespodziewanie chwyciła go za gardło i zaczęła dusić. Wstałam szybko z krzesełka, od którego dosłownie zdrętwiały mi tyły, i podbiegłam do drzwi, by je zamknąć. Potem podeszłam do duszącej Sorana Patty.
– Chcesz go zabić czy tylko poddusić? – zapytałam podnosząc brew do góry.
– I jedno i drugie – odparła.
Zaśmiałam się i odciągnęłam przyjaciółkę od nieprzytomnego chłopaka.
– A w ogóle, jak ty to zrobiłaś? – zapytałam podczas przywiązywania Sorana do krzesełka.
– Nie mam pojęcia. – Patty wzruszyła ramionami. – Ale wiem, że kilka razy chciał mnie kopnąć, to walnęłam go kolanem między nogi…
– Ty okrutnico!
– Cicho siedź.
Jedynym, co mnie zastanawiało, było to, czemu Soran nie próbował krzyczeć. Ale mniejsza z tym, w sumie lepiej, że nie przyszło mu to do głowy.
Po przeszukaniu chłopaka i zabraniu mu małego nożyka [który, swoją drogą, zapewne na niewiele się zda] wyszłyśmy z Patty po cichu z pomieszczenia, w którym nas trzymano. Z ulgą zobaczyłyśmy korytarz prowadzący, póki co, w jedną stronę. Ruszyłyśmy przed siebie, starając się być jak najciszej.
Dziwne było to, że korytarze były dwa, a potem schody na górę.
– Logika porywaczy – ofiary trzymać w piwnicy – mruknęła Patty.
– Chodź ze mną do piwnicy, pokażę ci moje kotki – dodałam.
Wybuchłyśmy śmiechem, ale zaraz się opamiętałyśmy. Przecież tak można zwabić rodzinkę psycholi!
Wspięłyśmy się po schodach, w duchu błagając, aby nikt nie pilnował drzwi. Kiedy uchyliłam deskę, wystraszyłam się i zaraz ją zamknęłam.
– Soran, to ty? – usłyszeliśmy głos Mortaza.
– Cholera – przeklęłam pod nosem. – I co teraz?
– Poderżnijmy mu gardło – zaproponowała Patty, miętosząc w dłoniach nożyk. – Może tym maleństwem jednak się uda.
Przez chwilkę byłam negatywnie nastawiona do pomysłu, jednak kiedy Mortaz zaczął otwierać drzwi, natychmiastowo się zgodziłam. Kiedy Patricia zaczajała się w rogu, ja odwróciłam wzrok. Po chwili usłyszałam krótki wrzask, odgłos sikającej krwi, a zaraz potem coś zleciało ze schodów i zaczęło się krztusić.
Starając się nie patrzeć w dół, wyszłam na kolejny korytarz. Nogi zaczęły mi się trząść, jakbym to ja poderżnęła gardło Mortazowi.
A co, jeśli to Mortaz poderżnął gardło Patricii i szedł za mną po cichu, żeby zabić i mnie, kiedy moja nadzieja na ucieczkę wzrośnie tysiąckrotnie?
Po zawitaniu tej myśli w mojej głowie, odwróciłam się gwałtownie. Na szczęście zastałam jedynie zdziwioną twarz Patty.
– O co ci chodzi? – zapytała dziewczyna.
– Straszna myśl mnie naszła, ale już nieważne – odparłam.
Stalin kiwnął głową. Ponowiłyśmy wędrówkę korytarzami, gubiąc się kilkakrotnie. W pewnej chwili Patricia strąciła doniczkę, stojącą na szafce. Glina się zbiła, a z pokoju obok usłyszałyśmy damski głos:
– Mortaz, ile razy ci mówiłam, żebyś nie bawił się w rzucanie nożami na korytarzu?! – To najwidoczniej była Lithia.
Bo kto inny miałby być w tym domu?
Wymieniłyśmy z Patty spojrzenia. Ruszyłyśmy jak najciszej, a zarazem jak najszybciej do przodu. Po chwili zobaczyłyśmy drzwi, przy których stał wieszak z kurtkami oraz szafka, najpewniej na buty. Odetchnęłam głęboko i podeszłam do drzwi. Chwyciłam za klamkę i już miałam ją nacisnąć, gdy…
– Taylooor! – Patty wydarła się na cały dom.
Odwróciłam głowę. Lithia stała za moją przyjaciółką i trzymała jej nóż kuchenny pod szyją. Patrzyła na mnie ze zmarszczonymi brwiami, a mi się wydawało, że jej oczy dosłownie płoną.
– Puść ją – rozkazałam, choć szanse, że kobieta się mnie posłucha były… zerowe, a nawet na minusie.
– Przekaż Xerosurowi, że ma przyjść tutaj i się ze mną rozliczyć, inaczej ona zginie – zażądała, jeżdżąc ostrzem po szyi Patty. – Oraz, że ma być sam. Ewentualnie z jedną z osobą.
– Jeśli myślisz, że zostawię moją przyjaciółkę, to się grubo pomyliłaś…
– Taylor, shut up! – warknął Stalin. – Rób, co mówi.
– Ale…
– Idź, do cholery, bo ona zabije nas obie!
– Twoja przyjaciółka dobrze prawi. – Lithia uśmiechnęła się złowieszczo, patrząc na mnie z wytrzeszczem oczu. – Do wiadomości dodaję, że Xerosur ma tydzień na zjawienie się.
Przez chwilę stałam i patrzyłam to na Lithię, to na Patricię. W końcu odwróciłam się, przepraszając cicho Patty i wyszłam.
---
AVE!
Z tym oto rozdziałem kończę prawie miesięczną przerwę [jutro byłby miesiąc] i mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda od czasu do czasu…
Mój dołek teoretycznie zniknął, jednak może jeszcze powrócić.
A co do samych rozdziałów – szkoła się zaczęła. W tym roku muszę przypilnować ocen, żeby dostać się do wymarzonego technikum, więc… prawdopodobnie rzadko będą się ukazywać :P
Pozdrawiam i
Pa!
~I.K.~

4 sie 2016

†Zawieszenie†

AVE!
Jak w tytule. Znów zawieszam bloga na czas nieokreślony.
Powód?
Ostatnio przeżywam swego rodzaju załamanie psychiczne, którego powodem jest zespół Black Veil Brides. Nie będę się tu wywodzić co i jak, ale powiem wam tylko, że nie wiem, kiedy to załamanie ustąpi i będę mogła w spokoju wrócić do BVB, tak więc zrozumiem, jeżeli porzucicie tego bloga, chociaż jest was tu tyle ile szóstek na moim świadectwie na zakończenie II klasy gimnazjum.
Pozdrawiam i
Pa!
†Infernal Queen†

29 lip 2016

†Rozdział 19†



Kiedy się ocknęłam, poczułam potworny gorąc, duszność oraz, że coś trzyma moje nadgarstki. Rozejrzałam się wokoło. Znajdowałam się w jakimś kwadratowym pomieszczeniu o ciemnych ścianach i kamiennej podłodze. Naprzeciwko mnie widziałam chyba metalowe drzwi, a z mojej lewej było małe okienko wbudowane pod samym sufitem. Na środku sufitu zwisała zapalona żarówka, dająca jednak niedużo światła. Siedziałam na jakimś drewnianym krzesełku, a po drugiej stronie pokoju zauważyłam Patricię.
- Patty! – krzyknęłam szeptem, ale nic to nie dało. – Patricia, do cholery jasnej!
Dziewczyna podskoczyła na krzesełku i z przerażeniem na twarzy spojrzała w moją stronę.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytała. – I czemu jestem przywiązana do krzesełka?! Czy to jest jakiś głupi żart?
- Nie odpowiem ci, bo sama się nad tym zastanawiam – odparłam, starając się zachować trzeźwy umysł.
Jeżeli to dla żartów, to wkrótce kawalarz się znudzi i nas wypuści. Jeżeli to porwanie jest na poważnie, niedługo powinnyśmy ujrzeć twarze porywaczy. Lub ich osoby, bo mogą równie dobrze przyjść w kominiarkach.
Czy się bałam? Bardziej, niż na rozpoczęciu drugiej klasy gimnazjum, kiedy nauczycielka wyciągnęła mnie na środek i kazała śpiewać hymn narodowy.
- I… i co my teraz zrobimy? – Stalin panikował.
- Musimy zaczekać – odpowiedziałam. Moja przyjaciółka spojrzała na mnie pytająco. – Nic nie zdziałamy. Jesteśmy przywiązane do krzeseł, do okna nie doskoczymy, drzwi są na pewno zamknięte, a porywacze odstrzeliliby nam głowy, gdyby zauważyli, ze próbujemy uciec.
- Zamierzasz tu siedzieć jak głupia i czekać, aż przylezą i coś nam zrobią?
- Na tę chwilę… tak – kiwnęłam głową.
Stalin wywrócił oczami i zaczął czegoś szukać po podłodze. Zanim jednak cokolwiek znalazł, usłyszałyśmy przekręcenie klucza w zamku i drzwi naprzeciwko nas się roztwarły. Do środka weszły trzy osoby: nasz cosplay’owiec z saloonu, jakaś kobieta oraz chyba dwudziestoletni chłopak.
Kobieta miała czarne włosy, czerwoną koszulę i ciemnobrązowe spodnie, a chłopak czarną szatę i białe włosy. Oboje wyglądali podejrzanie i nie chodzi mi tu o efekt dawany przez czarne tęczówki.
- Obudziłyście się już? – zapytał cosplay’owiec, wychodząc na środek pokoju. – Bardzo dobrze.
- Kim jesteście i czego od nas chcecie? – zapytałam, bo Patty wytrzeszczała oczy.
Kobieta podeszła do cosplay’owca i położyła mu dłoń na ramieniu.
- Jestem Lithia, to mój mąż Mortaz i nasz syn Soran – powiedziała z małym uśmiechem. – A czego od was chcemy? Soran zauważył, że przez ostatni czas Xerosur i jego przyjaciele bardzo się wami zainteresowali.
Skrzywiłam się. Co to za imiona?!
- A kim, do cholery jasnej, jest Xerosur?! – zapytała Patty, wiercąc się.
Mortaz uśmiechnął się dziwnie. Podszedł do mojej przyjaciółki i chwycił ją za podbródek, przyglądając się jej.
- A kto, do cholery jasnej, ostatnio zapewnił wam miesięczne utrzymanie? – zapytał, naśladując jej ton. – Hm? – ponaglił.
- Żaden Xerosur – odparłam za dziewczynę – tylko zespół, któremu same się wtarabaniłyśmy w życie.
- A więc na Ziemi chłopaki mają zespół? – Mortaz przeniósł zaciekawiony wzrok na mnie. Odszedł od Patricii, żeby znów stanąć na środku pomieszczenia. – Ciekawe… jak się nazywają?
Jednak ja, zamiast odpowiedzieć, siedziałam cicho. Może i powiedziałam mu, co zrobiłyśmy ze Stalinem, ale więcej nie wypaplam. Przecież widać, że ten facet i jego rodzina mają coś z mózgiem – Xerosury, Lithie, Mortazy, Sorany, WZT? Do tego, wnioskując po jego zaciekawieniu zespołem, ubzdurali sobie, że żyją w innym wymiarze, a nie na Ziemi.
Facet westchnął, mruknął, że jeszcze porozmawiamy, i wyprowadził swoją żonę i syna z pokoju, zostawiając nas same. Odczekałam chwilę i zaczęłam:
- Trafiłyśmy do domu psycholi.
Patty spojrzała na mnie ze wzrokiem „Are U Fucking Kidding Me?”, na co wzruszyłam ramionami. Dziewczyna westchnęła i wlepiła wzrok w ścianę.
- Jak myślisz? – zapytała. – Którego członka BVB są psychofanami?
Zaśmiałam się.
- Mówili o utrzymaniu nas przez miesiąc – odpowiedziałam – czyli… chyba chodziło im o Andy’ego. Ale czemu nazwali go Xerosurem?
- Bo są głupi – gdybym mogła, strzeliłabym się otwartą dłonią w czoło. – No co? Sama przed chwilą stwierdziłaś, że wylądowałyśmy u psycholi. A jak inaczej można nazwać psychola? Głupek.
- No tak. Przecież psychole, to nie ludzie z różnymi chorobami mózgu i zaburzeniami osobowości, tylko najzwyczajniej w świecie głupi ludzie. Oczywiście – powiedziałam ironicznie. – Lepiej zacznij myśleć, jak mamy stąd uciec.
- Dlaczego ja? – przyjaciółka spojrzała na mnie z pretensją.
- Bo trudne sprawy w ukrytej prawdzie, Patty, ja też będę myśleć, geniuszu!
I tak zaczęłyśmy dumać, jak się wydostać.
---
AVE!
Krótko, bo zbieram się na mój pierwszy w życiu wyjazd na prawdziwe wakacje ;D
Nie bić!
Pozdrawiam i
Pa!
†Infernal Queen†